Relacja z Kraków Live Festival (20 sierpnia 2016)

20160820_190754

DZIEŃ II

Piękna pogoda wciąż dopisywała. Ten dzień rozpoczął się od koncertu zespołu Jógo na Main Stage, podczas którego frekwencja była jeszcze niska. Show było jednak bardzo udane, wokalista był ciągle uśmiechnięty, zachwycał swoim pozytywnym nastawieniem oraz łapał super kontakt z publicznością.

Następnie przenieśliśmy się na Kraków Stage, gdzie swój koncert dali The Dumplings. Zaczęli od piosenek po angielsku, po czym płynnie przeszli w te w ojczystym języku. Wokalista była, jak zawsze, bardzo miła, poza tym zespół organizował konkursy dla publiczności. Duet dał z siebie wszystko, brzmieli bardzo spójnie w niesamowitej grze świateł na scenie.

Znów wracamy na Main Stage na zespół The Neighbourhood. Znacznie przybyło już fanów, ponadto byli oni bardziej zaangażowani w show. Klimatu dodawało utrzymanie telebimów w czarno-białej kolorystyce oraz efekty świetlne. Panie mogły również nasycić wzrok widokiem wytatuowanego wokalisty bez koszulki … 😉

Kolejna odsłona festiwalu – Kraków Stage: zespół Hey. Moim zdaniem był to najlepszy koncert tego dnia, wręcz wybitny. Kasia Nosowska dała z siebie wszystko, a trzeba zaznaczyć, że śpiewała na siedząco (co jest trudniejsze), ze względu na złamaną nogę. Jak zwykle cieszyła się z każdych braw, żartowała o swojej menopauzie, wczuwała się i wariowała jak szalona J. Setlista obfitowała w znane i lubiane piosenki, takie jak „Teksański”, „Prędko, prędzej”, „Zazdrość” czy nowe „Historie”. Koledzy z zespołu bardzo zachęcali publiczność do jeszcze większych braw dla wokalistki. Niesamowita atmosfera jaką tworzy Kasia z publiką przez liczne monologi i wtrącenia jest wprost nie do opisania. Każdy powinien przeżyć choć raz koncert tego zespołu!

Róisin Murphy na Main Stage’u przebierała się chyba co utwór. Wyglądała trochę jak psychodeliczna Lady GaGa. W odebraniu jej show ogromna była gra telebimów. Wokalistka wręcz kładła się na scenie. Jak dla mnie było to przesadą.

Później na Kraków Stage’u pojawił się Cage The Elephant. Zdecydowanie najbardziej energiczny koncert tego wieczoru, co dało się również zauważyć po skaczącej publiczności. To było istne szaleństwo, główny wokalista był dosłownie mokry, zwierzę sceniczne. Gitarzysta palił papierosy na scenie, jak na koncertach z dawnych lat – prawdziwy rock ‘n roll. Przełomowym momentem występu było zaśpiewanie spokojniejszego utworu „Too late to say goodbye”, kiedy to zrobiło się bardzo klimatycznie. Z przyjemnością patrzyłam na takie poświęcenie i radość z tego, co się robi. Ten koncert był lepszy niż energetyk, istna petarda!

Headlinerem tego dnia, a za razem ostatnim koncertem na Main Stage byli The Chemical Brothers. Gra świateł była bardzo silna, na telebimach pojawiały się abstrakcyjne rysunki, było dużo dymu. Muzyka, jaką grali, była bardzo psychodeliczna. W pewnym momencie na ekranach pojawiły się tańczące roboty, a następnie jakby chrześcijańskie witraże… Osobiście nie słucham takiej muzyki, więc dla mnie brzmiało to jak techno bez słów, ale wiem, że fani zespołu byli zachwyceni.

Na zakończenie drugiego dnia Kraków Live Music Festival na Kraków Stage swój koncert dał Kortez. Było bardzo nostalgicznie i spokojnie, klimatu dodawał mrok na scenie, jedynie wokalista był w blasku reflektorów. Był to idealny koncert przed snem, wzruszający, ze świetną, kameralną atmosferą.

Autor
Aleksandra Klimowicz

20160820_213749 20160821_191651 20160821_214420