Relacja z „The Capital Of Rock” (27 sierpnia 2016):

capital_of_rock_poster_final_20160329-page-001-1459329850

Zacznijmy od tego, że dosłownie parę dni przed festiwalem okazało się, że Bullet for My Valentine nie są fizycznie w stanie dotrzeć na koncert (tajfun w Japonii). Reakcja Rockloud była błyskawiczna – już po dniu dostaliśmy informację, że zespół zastąpi francuska grupa Gojira. Tak na marginesie, wielu uczestników ta zmiana bardzo ucieszyła – mnie także!

Pierwsi we Wrocławiu pojawili się OCN oraz RED. Były to bardzo dobre zespoły na rozgrzanie publiczności The Capital of Rock. W szczególności, że chłopcy z OCN pochodzą właśnie z Wrocławia. Jedyne, czego mogę się przyczepić, to fakt, iż przez cały festiwal przerwy między koncertami były zbyt długie, przez co impreza strasznie się rozciągnęła w czasie.

Na występnie Gojirii, a szczególnie po nim, fani byli już naprawdę rozgrzani. Przybywało ludzi, zarówno na płytę, Golden Circle i trybunach. Muzycy z Francji zagrali bardzo żywy koncert, utrzymując przy tym cały czas świetny kontakt z publicznością. Pod samą sceną często tworzyło się pogo, lecz na szczęście nie doszło do żadnych niebezpiecznych zdarzeń. Myślę, że nawet zawiedzionych fanów Bullet for My Valentine ten koncert usatysfakcjonował.

Następnie, po przerwie, na scenie pojawił się legendarny Limp Bizkit. Na stadionie zapanowała już wtedy ciemność, a miejsca były już prawie całkowicie wypełnione. Muzyk dbał o żartobliwe dialogi z publicznością i zarażanie jej swoją pozytywną energią. Padł nawet cover Nirvany „Smells like Teen Spirit”! Jednak fani nie doczekali się najbardziej popularnego, ale i oklepanego, kawałka „Behind Blue Eyes”.

Po zejściu grupy ze sceny była najdłuższa przerwa festiwalu, gdyż trwała ona około godziny. W tym czasie trybuny dopełniły się, a ludzie na płycie stali coraz gęściej. Po długim oczekiwaniu na telebimach rozpoczęło się odliczanie: 9, 8, 7… aż muzycy z impetem rozpoczęli koncert od „Ramm 4”, co płynnie przeszło w „Reise, Reise”. Podczas całego spektaklu, bo zdecydowanie można tak to nazwać, głośniki huśtały się na linach w górę i w dół, a na podeście często stawał rammsteinowy klawiszowiec.

Cały zespół był oczywiście doskonale ucharakteryzowany. Następne były „Hallelujah” i „Zerstoren”. Publiczność bardzo ożywiła się na „Keine Lust”, po czym muzycy dosłownie dali ognia na „Feuer Frei”. Później, dla ostudzenia emocji, nastąpił spokojny kawałek „Seeman”, podczas którego fani stworzyli biało-czerwoną flagę z wyświetlaczy telefonów.

Po chwili oddechu – petarda: „Ich tu dir Weh”. Od tego momentu muzycy już nie stopowali, gdyż następne było bardzo mocne uderzenie – „Du riechst so gut”. Kolejny motyw ognia pojawił się na „Mein Herz brennt”. Publiczność zaczęła szaleć na kultowym „Links 2-3-4”. Po „Ich will” natomiast nastąpiło długo oczekiwane „Du hast”. Podczas tego numeru płomienie ognia opanowały dosłownie całą sceną i płytę. Niesamowite efekty specjalne. Na koniec swojego seta zespół zagrał dobrze wszystkim znany cover Depeche Mode – „Stripped”.

Po długich i głośnych prośbach publiczności Rammstein powrócił z bisami. Na pierwszy „ogień” poszło „Sonne”, podczas którego przy refrenie podziwialiśmy płomienne kule. Pierwsze rzędy fanów z pewnością doświadczyły ich na własnej skórze ;). Kolejny bis to „America” z wyrzutnią biało-czerwono-niebieskich konfetti oraz piorunującymi efektami świetlnymi. Na sam koniec zaś zagrano „Engel”, podczas którego Till Lindemann dosłownie wzbił się do góry na potężnej konstrukcji ze skrzydłami. Fenomenalne. Był to jeden z najlepszych festiwali, na których miałam okazję być.

Autor
Aleksandra Klimowicz